English
Deutsch

12 lutego 2012-6. Niedziela Zwykła, rok B

Kpł 13,1-2.45-46

1 Kor 10,31-11,1

Mk 1,40-45

 

Trę­do­waty, który pod­lega tej chorobie, będzie miał ro­ze­rwa­ne szaty, włosy w nie­ła­dzie, brodę zasłoniętą i bę­dzie wołać: "Nieczysty, nie­czys­ty!" (Kpł 13,45).

 

Trąd to straszna choroba, ale być może jeszcze straszniejsze było w niej to, że człowiek był całkowicie wykluczony ze społeczności, był napiętnowany. Musiał sam się trzymać z daleka od innych i wołać „Nieczysty, nieczysty". Z czasem trędowaci nosili przy szatach dzwoneczki, które ostrzegały innych. Ich życie było nędzne najczęściej wśród podobnych trędowatych i właściwie było stopniowym umieraniem w cierpieniu bez nadziei na wyzdrowienie. To straszna sytuacja.

 

Można się wobec niej burzyć, a nawet dojść do buntu przeciw Bogu, który dopuszcza takie cierpienie na człowieka w sposób niezawiniony. Sama choroba przecież nie jest wynikiem winy, ale przychodzi na człowieka losowo. Dlaczego zatem? Jest to odwieczne pytanie o zło w obliczu Boga, który jest Dobry. Nie ono nas w tym miejscu jednak interesuje. Niemniej Pan Jezus swoją postawą rzuca na nie światło.

 

Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dot­knął go i rzekł do nie­go: «Chcę, bądź oczyszczony» (Mk 1,41).

 

To jest najprostsza odpowiedź Syna Bożego: Chcę, bądź oczyszczony. Już w Starym Testamencie czytamy, że Bóg nie stworzył śmierci, ale przyszła ona na świat przez zawiść diabła i grzech. Bóg stworzył wszystko zdrowe i pragnie życia dla wszystkich.

 

Trąd jednak jest dla nas bardzo konkretnym obrazem grzechu i sytuacji człowieka grzesznego. Prawdziwym trądem jest właśnie grzech. Choroba trądu ostatecznie kończy się śmiercią, która, można powiedzieć, wszystko oczyszcza. Po śmierci nie ma żadnego trądu ani innej choroby cielesnej. Natomiast liczy się zupełnie coś innego: przynależność lub nie do społeczności zbawionych, do wspólnoty z Bogiem. Grzech, jeżeli nie zostanie uleczony, niestety wyklucza z tej społeczności. On jest prawdziwym trądem.

 

Zobaczmy jaka była praktyka pierwotnego Kościoła odnośnie grzechu. Można się było wyspowiadać i uzyskać odpuszczenie grzechu, ale jednocześnie otrzymywał człowiek pokutę. Jeżeli był to ciężki grzech, pokuta polegała na czasowym wyłączeniu ze wspólnoty. To była najcięższa kara. Taka sama myśl zawiera się w Regule św. Benedykta. Po wyczerpaniu się wszystkich środków leczących, napomnień, nawet fizycznych kar, a nawet wspólnej modlitwy, kiedy już nic nie pomaga, trzeba wyrzucić zatwardziałego grzesznika ze wspólnoty. To jest właśnie sytuacja, w jakiej był postawiony trędowaty wobec zwykłej społeczności.

 

Myśmy dzisiaj zatracili tę perspektywę: grzech - mówię tutaj o grzechu ciężkim - pozbawia nas komunii. To jest jego najgorsza konsekwencja. Nas nauczono patrzeć na grzech od strony moralnej i widzieć w nim wykroczenie przeciw przykazaniom, Bożym zaleceniom, zbuntowanie woli... To jest prawda, grzech jest nieposłuszeństwem wobec Boga i Jego przykazaniom. To jest przyczyna popadnięcia w stan grzechu. Natomiast w kontekście trądu trzeba mówić o skutkach grzechu, trwanie w stanie grzechu, który jest największą tragedią człowieka. To, co się stało, mianowicie grzeszny czyn, nie da się cofnąć i jego „naturalnym" skutkiem jest ów stan grzechowy, którego obrazem jest trąd. Jego nieszczęście polega na odłączeniu ze społeczności żyjących. Jednak ta sytuacja jest paradoksalnie pewną szansą dla człowieka, jeżeli ją umie autentycznie zrozumieć i przyjąć. Jest bowiem cierpieniem wyłączenia, osamotnienia, poniżenia. Tak było w przypadku syna marnotrawnego. Jemu trzeba było przeżyć sytuację upadku z całą konsekwencją. I dopiero na dnie poniżenia potrafił odkryć prawdę o miłości ojca.

 

Wydaje mi się, że dzisiaj zatraciliśmy coś bardzo ważnego w przeżywaniu naszych grzesznych upadków. Obecna praktyka pokutna, która jako pokutę najczęściej podaje osobistą modlitwę lub jakiś dobry czyn, wydaje się, zbyt upraszcza sprawę i nie prowadzi do dogłębnego przeżycia dramatu odłączenia od komunii. Nie chodzi o to, by starać się przywracać starożytną praktykę ekskomuniki. Chodzi jedynie o to, byśmy sami uczyli się prawdziwie przeżywać swoją sytuację wobec Boga i społeczności wierzących.

 

To o co naprawdę chodzi w naszym życiu, to nawrócenie. Nie moralna porządność, doskonałość, ale nawrócenie, całkowita przemiana mojego serca. O to też w istocie chodzi w życiu monastycznym i zakonnym. Życie wspólnotowe powinno nam pomagać w przeżyciu prawdziwego nawrócenia. Temu mają służyć posłuszeństwo, ubóstwo, bezżenność i wszystkie praktyki życia zakonnego. Natomiast wydaje mi się, że istnieje jakieś ogromne spłycenia naszego przeżycia grzechu i jego konsekwencji. Zbyt łatwo przechodzimy nad nim do „normalności", do uznania, że wszystko jest w porządku.

 

„Nieczysty, jestem nieczysty", to wołanie trędowatego powinno być wołaniem człowieka, który zgrzeszył. Dopiero z głębi tego wołania rodzi się prawdziwe pragnienie oczyszczenia, autentyczne szukanie lekarza, tego, kto może przywrócić zdrowie. Dogłębne zobaczenie beznadziejności sytuacji upadku pozwala dopiero prawdziwie zrozumieć potrzebę wiary, zawierzenia i tym samym poważnie zwrócić się do Jezusa z prośbą: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyś­cić. Zbyt lekkie przeżywanie przebaczenia grzechów nie pozwala prawdziwie zrozumieć wielkości łaski, jaką otrzymujemy, tym samym ograbia nas z głębi. Najczęściej lekkie przeżywanie swojej grzeszności jest związane z nerwicą i chęcią szybkiego „załatwienia sprawy". Nie prowadzi to niestety do przemiany serca.

 

Nie chodzi w tym przypadku o popadanie w skrupuły. Te także biorą się z lęków i są reakcją nerwicową trawioną nieustannymi wątpliwościami, czy wszystko dobrze „załatwiłem", czy wypełniłem wszystkie formalności. Dogłębne przeżycie swojego grzechu i jego skutku oznacza dopuszczenie do świadomości dramatu oddzielenia, braku życia. Nie trzeba w tym celu zgrzeszyć ciężko, popełnić jakąś zbrodnię czy inny grzech śmiertelny. Nie namawiam do tego. Chodzi o uświadomienie sobie nagiej prawdy, którą bardzo dobrze ukazuje sytuacja człowieka trędowatego. Chodzi o to, by to przeżyć w sobie, abyśmy z samej głębi naszego serca zwrócili się do Jezusa o pomoc, aby On prawdziwie mógł dokonać w nas przemianę.

 

Zobaczmy co Pan Jezus nakazuje uzdrowionemu: Uważaj, nikomu nic nie mów (Mk 1,44). Dlaczego taki nakaz? Po to, by przeżył to prawdziwie w głębi serca. Gadanina na ten temat powodowała, że uzdrowienie, które faktycznie się dokonało, pozostało jedynie na płaszczyźnie zewnętrznego doświadczenia, stało się sensacją na targowisku ludzkich wydarzeń, a przez to nie dotarło do serca. Otóż nam grozi to samo przy tanim przeżyciu rozgrzeszenia. Nie zależy to bezpośrednio od ciężaru zadanej przy spowiedzi pokuty, chociaż ona może czasem pomóc, ale jedynie od świadomości tego, o co chodzi. Nawet przy ciężkiej pokucie można tanio przeżyć swoją grzeszność na zasadzie „coś za coś". Można natomiast nawet przy niewielkiej pokucie wewnętrznie dosięgnąć serca. To od nas zasadniczo zależy, jak głęboko sięgniemy do naszego wnętrza. Pan Jezus zawsze pragnie naszego uzdrowienia i zawsze jeżeli jest to możliwe je daje, ale od nas zależy, jak głęboko sięgnie Jego uzdrawiająca moc, od tego jak daleko Go wpuścimy do siebie. On niczego nie robi na siłę.

 

Eucharystia jest chlebem na życie wieczne, ale to czy staje się takim pokarmem dla nas zależy od tego, na ile ją jako taką przyjmujemy.